piątek, 17 kwietnia 2026

Robert Kubica dla Vogue Polska Sport & Wellness

            Robert Kubica w wywiadzie Agaty Godlewskiej dla Vogue Polska Sport & Wellness...

            Robert Kubica, najbardziej utytułowany polski kierowca rajdowy, po triumfach na torze Formuły 1, jako pierwszy Polak w historii zwyciężył także w wyścigu 24h Le Mans. Mistrz kierownicy od dziecka pielęgnuje też pasję do kolarstwa. Jak po wypadku powrócił na szczyt?


Kariera wielu genialnych sportowców zaczyna się już w dzieciństwie. Czy rodzice wpłynęli na pana podejście do pasji?

Kiedy w wieku pięciu lat zaczynałem przygodę z kręceniem kółkiem, rodzice odgrywali ogromną rolę – nie tylko na samym początku, lecz także na kolejnych etapach rozwoju. Bez nich ta przygoda w ogóle by się nie zaczęła, a na pewno nie potoczyłaby się w ten sposób. Z perspektywy czasu widać, jak duży wpływ mają rodzice na rozwój sportowca, często większy, niż im się wydaje. U mnie zaczęło się od małego samochodziku z silnikiem spalinowym – dwa biegi do przodu, jeden do tyłu. To była czysta zabawa, pasja. Z czasem pojawił się karting i wszystko zaczęło robić się coraz bardziej poważne. Od pierwszych startów w mistrzostwach dzieliło mnie trochę czasu. Kiedyś w kartingu można było ścigać się dopiero od 10. roku życia. Myślę, że moi rodzice szybciej ode mnie zauważyli, że mam do tego predyspozycje. Mój tata zawsze lubił samochody, ale sam nie miał możliwości się ścigać.

Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że rajdy wyścigowe to kombinacja ekstremalnej wytrzymałości fizycznej i skupienia mentalnego. Co jest w tym wysiłku specyficznego tylko dla kierowców wyścigowych?

Mimo że siedzimy, mamy bardzo wysokie tętno. Wiele osób nie ma świadomości, jak dużym obciążeniem jest jazda samochodem wyścigowym. Tempo i koncentracja sprawiają, że musimy cały czas podejmować bardzo szybkie decyzje. Z zewnątrz te okrążenia wyglądają podobnie, ale w rzeczywistości kolejne sytuacje oceniamy na bieżąco. Każdy pewnie sprawdzał tętno podczas biegu albo jazdy na rowerze. W Formule 1 zdarzały się wyścigi, w których moje średnie tętno przez blisko dwie godziny wynosiło ponad 180 uderzeń na minutę. Najwyższe jest na początku, na pierwszym zakręcie, gdy dzieje się najwięcej rzeczy, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć, a głowa pracuje na najwyższych obrotach.

Jak wyglądają pana codzienne treningi?

Motorsport jest bardziej wymagający pod względem przygotowania mentalnego niż fizycznego. Ciało samo nie pojedzie, trzeba do wyzwania przygotować umysł. Z drugiej strony, jeśli nie jesteś wystarczająco wytrzymały fizycznie, to głowa działa gorzej. Kierowcy przygotowują się na siłowni i na symulatorach – to połączenie ćwiczeń mentalnych z fizycznymi, np. praca nad koncentracją, reakcją czy widzeniem jak największej liczby bodźców w momencie, kiedy ciało jest poddawane wysiłkowi. Dlatego w treningu łączyłem te elementy, pracując nad koncentracją i umysłem, chociażby podczas jazdy na rowerze na siłowni.

Co się dzieje w głowie kierowcy podczas dwugodzinnego wyścigu?

Trudno to jednoznacznie określić. Myślę, że każdy skoncentrowany sportowiec wchodzi w jakiś swój stan, swój świat. Jedno jest pewne – nie ma wtedy miejsca na żadną inną, nawet najmniejszą myśl. Kiedyś powiedziałem, że start i prowadzenie samochodu to nie jest dla mnie żaden fun. Wchodzę na tak wysoki poziom koncentracji i wysiłku umysłu, że trudno mówić o przyjemności. Oczywiście po wyścigu pojawia się satysfakcja z pracy i z wyniku, ale w trakcie jazdy nie ma miejsca na zabawę.

A co w takim razie sprawia panu przyjemność?

Myślę, że każdego sportowca, niezależnie od dyscypliny, coś wciąga w ten świat. Sport to styl życia. To nie tylko moment, kiedy się go uprawia, ale podejście do wszystkiego. W moim przypadku praktycznie każda rzecz, którą robię między wyścigami, także w czasie wolnym, została temu podporządkowana. Nawet wyjście do restauracji ze znajomymi i wybór potrawy uzależniam od tego, czy za tydzień planuję wyścig albo następnego dnia – trening. W zasadzie 99 procent życia podporządkowuję temu, co robię jako sportowiec.

Po wypadku wiele osób mówiło, że nie wróci pan już do ścigania się na najwyższym poziomie, a jednak wsiadł pan znów do bolidu. Skąd bierze się wiara, że może pan dokonać rzeczy niemożliwych?

Najważniejsza jest pasja do sportu. Wspominałem o tym młodym chłopaku, którego zabawa samochodzikiem stała się pasją życiową. Mnie ta pasja napędza do dziś. To ona pozwoliła mi przebrnąć przez trudne miesiące i lata rehabilitacji, gdy byłem poza sportem. Liczy się także charakter. Staram się zawsze dowieźć to, co sobie postanowię. Czuję się szczęściarzem, bo nie każdy ma okazję robić w życiu to, co naprawdę kocha. W wielu momentach łatwiej byłoby mi powiedzieć: „Dobra, zrobiłem już swoje”, a jednak nigdy się nie poddałem. Zawsze chciałem zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby wypadek nie był ostatnim rozdziałem mojej motorsportowej przygody.

W sporcie trudniejsze są porażki czy niewykorzystane szanse?

Niewykorzystane szanse. Porażki bolą, ale świadomość, że nie spróbowało się czegoś, zostaje w głowie dłużej i rodzi poczucie, że może warto było spróbować. Nikt nie zrozumie lepiej potrzeb i motywacji sportowca niż on sam. Sportowcy często nie widzą ryzyka albo zdają sobie z niego sprawę, ale nie pozwalają, by przeszkadzało im w działaniu. To nie kwestia bycia lepszym, sport po prostu wymusza zupełnie inne podejście. Każdy musi podjąć decyzję sam, na podstawie tego, co czuje i co mu dyktuje serce. Dlatego mam ogromny szacunek dla sportowców, którzy mimo świadomości ryzyka stają na starcie, podejmują próbę i pokazują swoją pasję. Nawet ci, którzy wygrywają często, wciąż chcą sprawdzać swoje granice.

Przejście z Formuły 1 na wyścigi długodystansowe to spory zwrot. Co najbardziej zaskoczyło pana w tej nowej formie rywalizacji?

Oczywiście, Formula 1 jest królową motorsportu, ale świat wyścigów długodystansowych, a szczególnie Le Mans, dał mi coś zupełnie innego. Już pierwsza edycja, w której startowałem w 2021 roku, zaskoczyła mnie. Mimo że startowałem wcześniej w wielu różnych kategoriach, to emocje, atmosfera i nieprzewidywalność Le Mans okazały się wyjątkowe. Poczułem się jak młody chłopak na pierwszych międzynarodowych startach w kartingu. Nie wiedziałem, czego się spodziewać, gdzie leżą moje granice, a wszystko okazało się fascynujące i magiczne. To właśnie dzięki temu wyścigowi nadal spełniam się jako kierowca w mistrzostwach świata wyścigów długodystansowych.

A czym różni się podejście kierowcy w wyścigach długodystansowych od tego w Formule 1?

Formuła 1 i wcześniejsze kategorie uczą egoistycznego podejścia. Twój partner zespołowy bywa twoim największym rywalem, bo przy tak ogromnej konkurencji każdy marzy o dojściu do F1. W wyścigach długodystansowych liczy się współpraca. Masz partnerów, którzy pracują razem, żeby auto dotarło do mety, a twoje decyzje muszą uwzględniać działania zespołu. Czasami podążasz inną drogą, niż byś chciał, ale wiesz, że wspierasz kolegę i dzięki temu wszyscy razem osiągacie sukces. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, jak ważna jest chemia i wyczucie między kierowcami.

Jak świętuje pan zwycięstwa?

Dzień po moim jedynym zwycięstwie w wyścigu Formuły 1 w Kanadzie poleciałem na testy do Barcelony. Zespół chciał przełożyć lot, żebym odpoczął, a ja powiedziałem: „Nie, jadę”. Takie miałem wtedy podejście. Myślałem, że skoro wygrałem jeden wyścig, to czekają mnie następne wygrane, ale tak się nie stało.

Dlatego po wypadku nauczyłem się doceniać chwile zwycięstw bardziej, ale nadal świętuję skromnie. Po Le Mans podobnie – dokonaliśmy czegoś historycznego, ale mnie te dziesięć dni spędzonych na torze zmęczyło. Pierwsza myśl po przekroczeniu mety? Napić się czegoś słodkiego, bo w aucie nie ma nic do picia. Potem wywiady, a wieczorem wreszcie chwila dla siebie. Świętuję więc krótko, choć wiem, co udało nam się osiągnąć i czuję dumę.

Jeździ pan też na rowerze. Jak podchodzi pan do tego treningu?

Rower to moja druga wielka pasja. Mama opowiadała, że jeździłem, zanim zacząłem chodzić. W 2003 roku kupiłem pierwszy rower górski za odłożone pieniądze, mam go chyba do dziś. Po wypadku rower wrócił do mojego życia także w aspekcie rehabilitacyjnym.

Od 2016 roku spędzam na nim sporo czasu. Najpierw był to sposób na zrzucenie kilku kilogramów, teraz robię to także dla przyjemności. Lubię dobrze zjeść, a rower pozwala mi panować nad moją sylwetką. Daje mi też przestrzeń mentalną. Godziny spędzone samemu lub ze znajomymi w spokojnych miejscach naprawdę pomagają odpocząć głowie.

Wystartował pan w zeszłorocznym Tour de Pologne Amatorów. Czy chciałby pan zrealizować jeszcze jakieś kolarskie marzenie?

Kiedyś startowałem okazjonalnie za granicą, ale w Tour de Pologne połączyłem pracę i pasję. Zostałem zaproszony przez ORLEN, mojego sponsora, by spędzić dzień, kręcąc tym razem nie kierownicą, lecz pedałami, wśród ludzi, którzy kochają kolarstwo tak jak ja. Nie traktowałem tego wyścigu ambicjonalnie. Priorytetem było spędzenie fajnego dnia, choć forma nie była najlepsza, bo poprzednie tygodnie spędziłem w łóżku. Cieszyłem się też kontaktem z kibicami, rozdając autografy i robiąc kilka zdjęć nawet w trakcie jazdy. W tym roku chciałbym spróbować ponownie, mam nadzieję w lepszej formie. Nadal najważniejsza pozostaje sama przyjemność z jazdy.

Mieszka pan w Toskanii, gdzie trasy rowerowe wyglądają jak z pocztówki. Planuje pan wakacje pod kątem możliwości kolarskich?

Tak, wakacje planuję tam, gdzie mogę jeździć na rowerze. Zimą często trenuję na Teneryfie, gdzie drogi i pogoda pozwalają spędzać efektywnie dni na rowerze.

W ubiegłym roku przejechałem na rowerze parki narodowe Kenii. Marzę o podjeździe na Mont Ventoux we Francji. Od kilku lat planuję tam wyjazd, ale w trakcie sezonu priorytetem zawsze stają się wyścigi. Gdy te będą już poza głównym kalendarzem, w końcu odwiedzę te kilka rowerowych miejsc, które od dawna mam na liście.

Na torze każdy ruch wymaga pełnej kontroli. A czy na co dzień uważa się pan za perfekcjonistę?

Myślę, że zachowuję odpowiedni balans. Dbam o porządek, ale potrafię też zafundować sobie trochę luzu i pozwolić na więcej swobody. Od nastoletnich lat dużo czasu spędzałem poza domem, w podróżach i w hotelach, ale zawsze czułem się najlepiej we własnych czterech ścianach. Kiedy dawniej pytano mnie, dokąd pojadę na wakacje, odpowiadałem, że pragnę odpocząć, mogąc obudzić się we własnym łóżku. Dlatego dzisiaj, gdy startuję rzadziej, nadal czas między wyścigami chcę spędzać w domu albo w miejscu, w którym czuję się dobrze i mogę solidnie przygotować się do następnego wyścigu.

Agata Godlewska Vogue Polska